Ziemia na nowo odkrywana
wojciech marzec

Mongolian Expedition
Mongolia i Rosja
1 sierpnia – 5 września 2006

DZIEŃ 1
Od samego rana leje. Z lekkim podekscytowaniem pakujemy samochód nie bacząc na moknące ubrania. W tej chwili liczy się tylko wyprawa i to czy czegoś nie przeoczyliśmy. Jeszcze ostatnie pożegnania, załatwienie spraw nie cierpiących zwłoki i w końcu koło 13:00 ruszamy w drogę. Po całym dniu jazdy i kilku problemach z samochodem dojeżdżamy do bacówki pod Małą Rawką. Nie wróży to dobrze prędkości jazdy. U Michała, gospodarza schroniska zapominamy jednak o problemach. Tutaj jak zwykle miła atmosfera. Jeszcze ostatnia impreza i w drogę, tak już na serio.
DROGA
DZIEŃ 2
Z samego rana ten sam problem. Czejter nie może zapalić. Wymiana świec załatwia sprawę. Dojeżdżamy do granicy, a tam kolejka na 5 kilometrów. Jako poważna ekspedycja wjeżdżamy drogą dla VIP-ów i po wypełnieniu kilku druków i zebraniu kilku pieczątek opuszczamy Polskę. Ukraina wita nas przyjemnym słońcem. Dalsza część dnia upływa nam pod znakiem kruchych ciasteczek. Już po zmroku przejeżdżamy koło sporego jeziora. Nie mogąc znaleźć dojścia do brzegu nocujemy pod jabłonką.
DZIEŃ 3
Obudzeni przez stado gęsi wstajemy i po leniwym śniadaniu zwijamy owocowy biwak. Kierujemy się w stronę Kijowa, by już wieczorem wjechać do Rosji. Jak na złość samochód znów zaczyna szwankować. Tym razem nawala łożysko. Jesteśmy zmuszeni zajechać do warsztatu. Mechanik to prawdziwy profesjonalista, więc tracimy dużo czasu na naprawę. Nadrabiamy go nocą dojeżdżając do granicy o świcie.
DZIEŃ 4
Po krótkiej drzemce kierujemy się do odprawy. Tam znowu mnóstwo formalności, i, o dziwo, znowu sprawnie idzie. Tuż za szlabanem zastają nas rosyjskie realia. Powoli odliczamy miasta odległe o setki kilometrów. Monotonię drogi umila Ola. Czyta na głos przewodnik po Mongolii na zmianę z książką o kraju Czyngis-Chana. Czasami przeplata to wykładem z medycyny. I już się nie nudzimy.
DZIEŃ 5
Poranek zastaje nas nad jeziorem. Niestety możliwość kąpieli wyklucza muliste dno. Od pakowania samochodu odrywa nas głośny huk. Na pobliskiej drodze jest wypadek. Rzucamy swoje zajęcia i jedziemy z pomocą. Ola to przyszła pani doktor. Opatruje poszkodowanego, może ratuje mu tym życie. Ruszamy późno, lecz ze świadomością dobrego uczynku. Wieczorem przekraczamy Wołgę. To ważniejsza rosyjska rzeka. Dla nas to kolejna odległość na mapie.
DZIEŃ 6
Z samego rana decydujemy się na kolejny remont. Wymiana klocków hamulcowych i naprawa całego układu redukuje hałas w samochodzie i zmniejsza sprawność hamowania o jakieś 40%. To nasza pierwsza naprawa, po której jedzie się gorzej. Wieczór dostarcza kolejnych emocji. Wyprzedzanie na ciągłej linii kończy się wizytą w radiowozie. Przyjemność rozmowy z funkcjonariuszami kosztuje 10 dolarów. Niech im będzie na zdrowie.
DZIEŃ 7
Rankiem wjeżdżamy do Azji. W końcu najwyższa pora. Po 500 kilometrach monotonnej, prostej drogi robimy postój na obiad w sosnowym lesie. Atrakcją ma być grzybobranie. Tylko prawdziwa wola walki pozwala odnaleźć 2 grzyby. Zawsze to lepsze niż pusty koszyk. W zamian zostawiamy pierwszą matę. Odfruwa z bagażnika na którymś zakręcie. Obiad smakuje wyśmienicie, droga pozostaje bez zmian.
DZIEŃ 8
Klasyczna monotonia drogi. Czerń asfaltu z przodu, biel i zieleń brzozowych lasów po bokach. Koło południa docieramy do Omska. Dwie godzinki w mieście, internet, zakupy, nowa mata i dalej w drogę. Syberia jest ogromna.
DZIEŃ 9
W południe wjeżdżamy do Nowosybirska. Tu odbijamy z głównego szlaku i kierujemy się na południe. Przez Bijak i Górno-ałtajsk trafiamy na długo oczekiwany Czujski Trakt. Nie wiemy, dlaczego "czujski", ale wiemy, że pokonywanie go nocą to profanacja. Droga malownicza, niezwykle kręta, wiedzie przez sam środek Ałtaju. Co jakiś czas wspinamy się na wysoką przełęcz, czy uciekamy przed przepaścią. Wspaniałe widoki rysuje tylko bujna wyobraźnia.
MONGOLIA
DZIEŃ 10
Dojeżdżamy do granic Mongolii. Tam spotykamy Belgów, którzy właśnie wkraczają w ostatni etap swojej pięciomiesięcznej wyprawy samochodowej. Jest też pierwszy napotkany uczestnik Brytyjskiego rajdu "Mongol Rally". Jedzie na Nissanie Micra, ma zdrowie chłopak. Na granicy kończy się asfalt. Podobno następny dopiero w Chinach. Jednak nie jazda stepem staje się największym problemem. Silny wiatr w plecy uniemożliwia chłodzenie silnika. Co jakiś czas zatrzymujemy się by ostygła woda w chłodnicy. Spotykamy też pierwsze jurty. Ich widok nie opuści nas aż do wyjazdu z Mongolii. Na raty dojeżdżamy do Olgij. Mimo zaledwie kilku murowanych budynków to już metropolia, jak na ten region i stolica aimagu. Większość mieszkańców i tak żyje w jurtach. Biwakujemy w towarzystwie Belgów i Anglika. Wódka, gitara i międzynarodowa impreza jak się patrzy.
DZIEŃ 11
Po lodowatym prysznicu od razu rześko przystępujemy do działania. Załatwiamy pozwolenia, najszybszy na świecie internet, robimy zakupy na targu, tankujemy do pełna i ruszamy w góry. Do celu 6 godzin jazdy. Droga od razu dostarcza wielu atrakcji, więc żegnaj rosyjska monotonio. Sześć par wyjeżdżonych w stepie kolein, rozchodzących się i zbiegających w różnych kierunkach. W ruch idzie kompas i mapa. Mijamy jurty, pasące się owce, kozy, konie i wielbłądy. Nad głowami przelatują drapieżne ptaki, a spod kół uciekają gryzonie najróżniejszej maści. Zaczyna zmierzchać, gdy orientujemy się, że nie jesteśmy nawet w połowie drogi. Tylko której drogi? Nie chcąc błądzić zatrzymujemy się u kazachskiej rodziny. Swojskie pieczywo, sery, kumys, sute czaj i lokalna wódka smakują wybornie. Po jedzeniu czas na trochę śpiewu. Kazachowie po swojemu, my też, więc śmiechu jest co niemiara. Zostajemy na noc w jurcie.
DZIEŃ 12
Ten dzień to szukanie drogi. Miejscowi wiedzą gdzie jest góra i zawsze wskazują ten sam kierunek. Dla nas kończy się to ciągłym zawracaniem i naddawaniem kilometrów. Koniem przejedziesz, ale nie samochodem. Kręcimy się jak smród po gaciach, co chwila spoglądając to na mapę, to na kompas. A miało być tak pięknie. W wolnych chwilach studziliśmy chłodnicę, fotografujemy, korzystamy z gościnności pasterzy. Z przyczyn humanitarnych nie zgadzamy się na zabicie barana i podarowanie go nam. Za to kanister z chęcią przyjmujemy kanister benzyny, której powoli zaczynamy odczuwać deficyt. Po całym dniu błądzenia docieramy szczęśliwie do celu. Tu zamienimy samochód na trekkingowe buty.
DZIEŃ 13
Od samego rana szykujemy się do wyjścia w góry. Niewątpliwą niespodziankę sprawia nam nadjeżdżający konno człowiek. To Ivan, jest Czechem, zna mongolski, podróżuje na koniu, drugiego używa do przewozu bagaży. Stylem życia stara się upodobnić do miejscowych. Jak na turystę co najmniej niezwykły. Zapraszamy go oczywiście na obiad, w zamian zostajemy poczęstowani świstakiem. Ivan pomaga nam wynająć 2 konie. Na jednego decyduje się Emil, drugi poniesie plecaki. Jest już po południu, gdy w piątkę ruszamy pod górę. Po łagodnym podejściu malownicza doliną docieramy do bazy, pod masyw Tavan Bogd. Jutro atakujemy szczyt.
DZIEŃ 14
Rankiem pogoda fatalna, więc zaplanowana na 6 pobudka traci sens. Sytuacja poprawia się koło godziny 11 na tyle, że Ola, Wojtek, Ivan i Marcin postanawiają spróbować. Początkowo droga prowadzi płaskim lodowcem. Mimo pokonywania znacznych przestrzeni nie zyskujemy dużej wysokości. Osłabienie Oli daje jej się mocno we znaki i po 4 godzinach zmuszona jest zawrócić. Zaraz po jej odwrocie rozpoczyna się decydujące podejście. Około 500 metrów poniżej szczytu przerwać atak decyduje się Ivan. Spore nachylenie i oblodzenie stoku sprawia, że bez raków nie jest w stanie wyżej podejść. W grze o górę pozostaje już tylko dwóch uczestników. Przedzierając się przez chmury, śnieg i wiatr Wojtek i Marcin podążają w kierunku szczytu. O godzinie 19:30 dochodzą do miejsca, które z dużym prawdopodobieństwem jest wierzchołkiem Huyten (4341 m n.p.m.), czyli najwyższym punktem Mongolii. Stuprocentową pewność wyklucza zerowa widoczność. Do bazy docierają o godzinie 23:00, wyczerpani, ale szczęśliwi.
DZIEŃ 15
Wstajemy dosyć późno i zbieramy się do zejścia w stronę samochodu. Każdy schodzi własnym tempem i własną drogą. Emil wyrusza pierwszy, za nim Ivan na koniu, i w końcu reszta ekipy. Ola i Marcin trafiają w malowniczą dolinkę, pełną kwiatów, niewielkich, krystalicznie czystych stawów i bagien. Późnym popołudniem docieramy do samochodu, w miejscu, w którym dwa dni wcześniej go zostawiliśmy. Spotkani Amerykanie dają nam list z prośbą o dowiezienie go we wskazane miejsce. Jako że to po drodze zobowiązujemy się spełnić prośbę. Krótkie pożegnanie z Ivanem i w drogę powrotną. Zatrzymujemy się na nocleg mniej więcej w połowie drogi do Olgij.
DZIEŃ 16
Ruszamy bez śniadania, by jak najszybciej dotrzeć do miasteczka. Po drodze dostrzegamy swój błąd, jaki popełniliśmy kilka dni wcześniej, jadąc w drugą stronę. Zakończył się on wtedy całodniowym błądzeniem. Kilkanaście kilometrów przed Olgij poważna awaria. Wyskoczyły dwa mocowania bagażnika dachowego. Spoczywają na nim wszystkie nasze plecaki. Bez niego nie ma szans by pomieścić wszystko w samochodzie. Metodą młotka i drutu naprawiamy awarię i jedziemy ostrożnie dalej. W Olgij oddajemy list, chwila na internecie, małe zakupy i dalej w drogę w kierunku Tsaagan nuur. Śpimy kawałek za miastem, w okolicach jeziora Achit.
DZIEŃ 17
Od samego rana szukamy dalszej drogi. Miejscowi mówią nam, że aby dostać się do Ułaangom, musimy objechać jezioro. Tak też czynimy i kończy się to dwugodzinnym odkopywaniem samochodu. Na szczęście udaje nam się sforsować bagno. Po drodze spotykamy mongolską ekipę telewizyjną, kręcącą program o życiu mieszkańców kraju. Na jednej z przełęczy zastajemy kilka rodzin podczas przeprowadzki. Przewożą cały dobytek na olbrzymich Ziłach. Zostajemy poczęstowani ajrakiem i arhi, jego destylatem. Wieczorem docieramy do Ułaangom. O dziwo ostatnie 10 kilometrów to asfalt, niespotykany w tej części Mongolii. Na wjeździe do miasta szlaban. Należy uiścić opłatę za wjazd. Jak się później okazało to powszechna procedura, choć teraz wydaje nam się to dziwne.
DZIEŃ 18
Gdy szykujemy się do dalszej drogi przychodzi do nas chłopiec z prośbą o odsprzedanie 3 litrów benzyny. Pamiętając własne problemy tej natury dajemy mu paliwo, za co on odwdzięcza nam się agrestem i... szyszkami. Krótka lekcja obsługi i już wiemy, jak korzystać z tego przysmaku. Ruszamy z cennym doświadczeniem. Trochę błądzenia po górach w okolicy Baruunturuun, starcie z meszkami, które dotkliwie nas pogryzły i dojeżdżamy do Altan Els. To słynne wydmy na północy Mongolii, teraz w znacznej części już zarośnięte. Kilka zdjęć i dalej w drogę. Udaje nam się dotrzeć kilka kilometrów za Tes.
DZIEŃ 19
Wciąż kierujemy się na wschód. Opuszczamy część kraju zamieszkałą przez Kazachów i trafiamy pośród rodowitych Mongołów. Towarzyszą nam drapieżne ptaki, wysokie trawy i wyboje. Chcąc uniknąć zbędnych kilometrów dokładnie śledzimy drogę. Co chwila mijamy jurty, co daje możliwość potwierdzenia kierunku u miejscowych. Ten system pomaga, więc tego dnia pokonujemy spory odcinek. Dojeżdżamy aż do Mörön.
DZIEŃ 20
Zmieniamy kierunek i jedziemy na północ. Trafiamy nad malownicze jezioro Chubsuguł. Nazywane młodszym bratem Bajkału, przez wielu uważane jest za dużo piękniejsze i czystsze. W dzikim, modrzewiowym lesie okalającym zbiornik zbieramy nieprawdopodobne ilości maślaków. Na kolację jak znalazł. W Mongolii nikt nie zbiera grzybów i nie łowi ryb, dlatego kraj obfituje w obydwa te przysmaki. W ciągu dnia robimy sobie wycieczkę wzdłuż zachodniego skraju jeziora. Tuż nad brzegiem spotykamy stado reniferów. Należy ono do rodziny Caatanów – ludu zamieszkującego góry Sajanu Wschodniego i stanowi jej podstawowe źródło utrzymania. Zaproszeni to na herbatkę z mlekiem tych zwierząt możemy obejrzeć wnętrze prawdziwego tipo zakupić kilka pamiątek. Po kolacji z miejscowymi, przy piwie, wódce i gulaszu z maślaków ciężko jest się przetoczyć do namiotu.
DZIEŃ 21
Wstajemy późno, mając w głowach jeszcze poprzedni wieczór. Zbieramy się i wyruszamy w drogę powrotną do Mörön. Bez większych przygód docieramy do miasta. Wymieniamy pieniądze, kupujemy pamiątki, korzystamy z internetu. Na kolację próbujemy mongolskiej kuchni w miejscowej restauracji.
DZIEŃ 22
Dziś stawiamy sobie za cel dotarcie do wulkanicznego jeziora Terhijn Cagaan. Przewodnik opisuje je jako najpiękniejsze w Mongolii, więc grzech nie zobaczyć. Droga na mapie nie rysuje się najlepiej. Podgrzewa to nasze obawy o samochód. W połowie drogi strzela pierwsza sprężyna w układzie zawieszenia. Nieświadomi awarii jedziemy bez zatrzymania. Kolejną atrakcją jest nieprawdopodobnie krzywy most. Z duszą na ramieniu udaje nam się po nim przejechać. Tuż przed jeziorem mocne uderzenie w podwozie. To tłumik został na wystającym kamieniu. Silnik pomrukuje jak prawdziwy Harley, ale usterkę trzeba naprawić. Już nocą docieramy do celu.
DZIEŃ 23
Jezioro, choć ładne, nie rzuca na kolana. Ze wszystkich stron obsadzone jurtami sprawia wrażenie ośrodka wczasowego. Po zwiedzeniu pobliskiego wulkanu jedziemy w kierunku Harhorin, dawnego Karakorum, a zarazem stolicy imperium Czyngis-Chana. Droga wiedzie wzdłuż bardzo głębokiego wąwozu. Zauroczeni niesamowitym widokiem mniej koncentrujemy się na jeździe. Niestety, niezauważona dziura i ... tracimy drugą sprężynę. To jednak nie koniec usterek tego dnia. Po kilku kilometrach musimy zdjąć połamany bagażnik. Nie wytrzymał ciężaru. Plecaki umieszczamy bezpośrednio na dachu przewiązując je taśmą holowniczą. W ekipie podupada trochę duch i zaczynają się wątpliwości czy dojedziemy tym samochodem do domu. Tego dnia dojeżdżamy do Harhorin.
DZIEŃ 24
Dzień pod znakiem zwiedzania buddyjskiego klasztoru Erdene Zuu. Miejsce bardzo kolorowe, bogato zdobione, bez wątpienia godne polecenia. Ogromne wrażenie robią na nas młodzi mnisi poświęcający większość swego czasu na medytację i modlitwę. Tuż obok Erdene Zuu znajduje się jedyna pozostałość po stolicy Czyngis-Chana – kamienny żółw, wizytówka Mongolii. Koło klasztoru kupujemy też trochę pamiątek i ruszamy na Ułan Bator. Na nasze szczęście droga powoli zaczyna się zmieniać. Równym asfaltem, poprzeplatanym gdzieniegdzie głębokimi dziurami docieramy sprawnie do stolicy. Tu spotykamy się z przyjaciółmi podróżującymi po Mongolii od miesiąca. Wieczorna wymiana wrażeń, wódka i gitara pomagają nam przygotować się do zasłużonego odpoczynku w hotelowym pokoju.
DZIEŃ 25
Dzień spędzamy w Ułan Bator. Rano piwo i obiad ze znajomymi i ich znajomymi. Poznajemy sympatycznego Mongoła, Muruna, od kilkunastu lat mieszkającego w Polsce, ale wakacje zawsze spędzającego w ojczyźnie. Trochę chodzenia po sklepach i wizyta w Gandan Khid. Jest to najważniejszy klasztor w Mongolii, z gigantycznym posągiem Buddy. Poza swym pięknem Gandan oferuje spokojną i wyciszającą atmosferę. Muzyka i powtarzane mantry koją nasze dusz przed dalszą częścią wyprawy.
DZIEŃ 26
Dziś zamierzamy już opuścić Mongolię. Rano odwiedzamy jeszcze Muzeum Historii. Oferuje ono wystawę ludowych strojów, broni i dokumentów. Nikt zainteresowany kulturą wschodu nie może się tam nudzić. Robimy ostatnie zakupy i wyjeżdżamy na północ w kierunku granicy. Tuż za miastem psuje nam się prędkościomierz i licznik kilometrów. Cyfry zatrzymują się na pozycji ponad 10000. Droga jest asfaltowa, najlepsza jaką do tej pory spotkaliśmy w Mongolii więc, szybko połykamy kilometry. Co jakiś czas natrafiamy na znajome szlabany. 500 tugrików i można jechać dalej. Wieczorem docieramy do granicy, która okazuje się być zamknięta.
BAJKAŁ
DZIEŃ 27
Z samego rana meldujemy się na granicy. Mimo, że zgodnie z rozpiską już otwarta, ruchu żadnego nie widać. Wszyscy stoją przed zamkniętą bramą, której pilnuje pogranicznik. Wjeżdżamy do odprawy po dwugodzinnym oczekiwaniu. Na granicy jesteśmy bardzo dokładnie przeszukiwani. Problemem okazuje się łuk i nóż zakupione jako pamiątki w Harhorin. O mały włos nie kończy się oskarżeniem o przewóz broni. Łuk i nóż musimy zniszczyć, inaczej nie wjedziemy. Po przejściach z rosyjskimi celnikami udajemy się w stronę Bajkału. W nocy przejeżdżamy przez Ułan-Ude i nocujemy nad najgłębszym jeziorem świata.
DZIEŃ 28
Bajkał ma niepowtarzalny urok i za każdym razem robi ogromne wrażenie. Dzień rozpoczynamy orzeźwiającą kąpielą w ekstremalnie zimnych odmętach jeziora. Po południu docieramy do Sludianki, gdzie iście po królewsku jesteśmy przyjęci przez Igora, przyjaciela z poprzednich wypraw. Po wspaniałym obiedzie przyrządzonym przez jego żonę Lenę opuszczamy Bajkał i docieramy do Irkucka. Zaczyna się powrót.
DROGA c.d.
DZIEŃ 31
Cały dzień w podróży. Mijamy Nowosybirski, miejsce, w którym trzy tygodnie wcześniej odbijaliśmy w kierunku "Czujskiego Traktu". Pokonując kolejne kilometry na noc zatrzymujemy się przed Omskiem. Samochód bez zmian.
DZIEŃ 30
Kolejny dzień pod znakiem kłopotów z samochodem. Nadal przerywa i nie chce równo pracować. Nie ma mocy i dodatkowo dwa razy więcej pali. Coś tu nie gra. Męczymy się, ale jakoś jedziemy. Dojeżdżamy za Krasnojarsk.
DZIEŃ 29
Przed nami 7,5 tysiąca kilometrów powrotnej drogi. Chcemy wyruszyć wcześnie, a tu znowu odzywa się samochód. Wyjątkowo nie chce zapalić ;-) Udaje nam się zatrzymać ciągnik, który wyciąga nas na jezdnie. Później zatrzymujemy samochód, który holuje nas do najbliższej miejscowości. Tam jednak nie ma warsztatu samochodowego. Kolejny biały dostawczak holuje nas do najbliższego serwisu odległego o 30 kilometrów. Okazuje się, że trzeba naprawić aparat zapłonowy. Po małej godzinie udaje nam się ruszyć w dalszą drogę. Samochód jednak strasznie przerywa i nierówno pracuje. To kolejny raz, kiedy po naprawie jedzie się gorzej. Ale się jedzie.
DZIEŃ 32
Rano udaje nam się znaleźć trochę prawdziwków i koźlaków, co znacznie poprawia nam samopoczucie. Przynajmniej do momentu wejścia do samochodu. Z trudem dojeżdżamy do Omska. Nie da rady dalej tak jechać. Podejmujemy jeszcze jedną próbę z warsztatem, gdzie majster decyduje o wymianie całego aparatu zapłonowego. Problemy z samochodem jak ręką odjął. Jedziemy sprawnie, oszczędnie, po drodze zatrzymujemy się na grzybowy obiad i nocujemy przed Kurganem.
DZIEŃ 33
Zapalamy bez problemu i jedziemy, jedziemy, jedziemy! Krótka przerwa na wypasionego szaszłyka to jedyna rozrywka, jaka nas tego dnia spotkała. Nocą przekraczamy Ural i powtórnie wjeżdżamy do Europy. Dojeżdżamy przed Kazań, już o świcie.
DZIEŃ 34
Przez Kazań płynie spotkana już wcześniej Wołga. Wykorzystujemy to na regeneracyjną kąpiel po tygodniowym niemyciu. Minąwszy stolicę Tatarstanu kierujemy się na Moskwę. Około 500 kilometrów przed stolicą największego państwa na świecie trafiamy na korek. Woda znów zaczyna wesoło bulgotać w chłodnicy. Marcin chcąc przyspieszyć proces chłodzenia oblewa się wrzącą wodą. Do wesela się zagoi.
DZIEŃ 35
Przyspieszamy tempa i bez odpoczynku dojeżdżamy do Moskwy. Niestety brak czasu nie pozwala na dokładne zwiedzenie rosyjskiej stolicy. Podziwiamy tylko jej współczesną architekturę z pięciopasmowej obwodnicy i udajemy się w kierunku Łotwy. Brak pieczątki meldunkowej sprawia, że jest problemami z przekroczeniem granicy. Na szczęście na strachu się skończyło, ale jeśli taki był ich zamiar to im się udało. Szybko przeskakujemy Łotwę, nieco dłużej Litwę i o godzinie 1:30, 35 dni od wyjazdu wracamy do Polski. Tradycyjnie już przejeżdżając Suwalszczyznę wstępujemy na "Cisowe Wzgórze". Przytulna, miła atmosfera, więc mimo zmęczenia do 5:00 nad ranem dzielimy się wrażeniami.
DZIEŃ 36
Budzimy się późno, gdyż klimat miejsca nie sprzyja wczesnemu wstawaniu. Jemy ostatnie śniadanie i długo żegnamy się z gospodarzem. Koło 14:00 uruchamiamy Czejtera i w drogę. Jedziemy przez Polskę i jakoś nam dziwnie. Przez miesiąc chyba można się odzwyczaić. O godzinie 22:00 docieramy do Łowicza. To oznacza zakończenie "Mongolian Expedition"!!