top of page
31470013.jpeg

W Siodło i przez Step

Mongolia + Chiny

8 sierpnia – 9 września 2007

Moja pierwsza wyprawa konna nie przypadkowo miała wyruszyć do Mongolii. Kraj ten poznałem dobrze rok wcześniej, podczas wyprawy samochodowej. Urzekły mnie wówczas jego rozległe, pagórkowate stepy, dzikie, limbowe lasy i jeziora z krystalicznie czystymi wodami. Zachwycili gościnni ludzie, swobodnie pasące się zwierzęta i czas zatrzymany jakby w miejscu. Wtedy też uznałem, że jest to miejsce znakomicie nadające się na pokonywanie nie tylko czterema kołami, ale również wierzchem. Dlatego to co znalazłem w Mongolii rok wcześniej, chciałem zobaczyć raz jeszcze, tylko z trochę innej perspektywy. Zanim jednak dostałem się w rejon Jeziora Chubsuguł i wskoczyłem w skórzane siodło minęło kilka szalonych dni.

W środę, 8 sierpnia, na lotnisku Okęcie odliczyła się cała ekipa, którą obok mojej skromnej osoby tworzyła Magda, Mikołaj, Łukasz i Janusz. No, może prawie cała, bo Kuba, który miał wylot dzień wcześniej teraz czekał na nas już w Pekinie. My mieliśmy pojawić się tam rankiem następnego dnia. Podczas przelotu liniami Aeroflot czekała nas przesiadka w Moskwie. Korzystając z kilkugodzinnej przerwy w podróży Janusz zakupił whisky, którą skonsumowaliśmy mimowolnie nie wychodząc z lotniska Szeremietiewo. W sumie i tak nie było gdzie wychodzić, bo lotnisko znajduje się w znacznej odległości od centrum miasta, a czasu nie mieliśmy zbyt wiele. Po uroczystej inauguracji wyprawy szczęśliwie znaleźliśmy właściwą bramkę i wsiedliśmy do właściwego samolotu. Dalszy przelot do Pekinu "zleciał" nam ekspresowo i w znakomitych nastrojach.

Stolica Państwa Środka przywitała nas piekłem upalnego lata. Na szczęście klimatyzacja, przynajmniej na lotnisku, działała bez zarzutów. Gorzej było z komunikacją na poziomie międzyludzkim. Choć spośród osób odpowiedzialnych za udzielanie informacji można było wybierać, dowiedzenie się, gdzie możemy wymienić pieniądze graniczyło z cudem. W końcu zlitowała się nad nami jedna urocza niewiasta i swoją angielszczyzną wykrzywioną w takim samy stopniu jak oczy wskazała najbliższy punkt. Potem „wytłumaczyła” nam jeszcze jak dojechać do głównego dworca kolejowego i już pędziliśmy „shelter busem” zatłoczonymi arteriami chińskiej stolicy w kierunku centrum. Na dworcu, w umówionym miejscu czekał już na nas Kuba, i tym samym ekipa była już w komplecie.

Plan mieliśmy taki, by możliwie szybko przedostać się do Mongolii. Musieliśmy być w Ułan Bator najpóźniej rankiem 11 sierpnia, gdyż umówieni byliśmy tam z naszym mongolskim kierowcą i jego samochodem. Z wywiadu przeprowadzonego przed wyprawą wiedzieliśmy, że do granicy z Mongolią można się dostać na dwa sposoby. Najwygodniejsza i najszybsza opcja to przejazd w czasie jednej nocy sypialnym autobusem bezpośrednio z Pekinu do miasta Erlian znajdującego się tuż przy granicy z Mongolią. Niestety okazało się, że autobusy odchodzą z miejsca do którego ciężko trafić i nikt nie potrafił nam pomóc jak je znaleźć. Zatem zdani byliśmy na drugi wariat, ciut dłuższy, ale również komfortowy, czyli podróż pociągiem przez Datong. Bezpośredni pośpieszny jedzie kilkanaście godzin i odchodzi codziennie. Jednak już w kasie biletowej dowiedzieliśmy się, że bilety trzeba kupować z kilkudniowym wyprzedzeniem. Zatem już drugi raz tego dnia nie mieliśmy wyboru. Do Mongolii ruszyliśmy pociągiem osobowym i w dodatku z przesiadką. Ani szybko, ani wygodnie.

Zakupiliśmy miejsca stojące na nocny pociąg do miasta Jiningnan i udaliśmy się na zwiedzanie Pekinu. Na pierwszy ogień poszedł Plac Tiananmen i Zakazane Miasto. Metrem dość sprawnie dojechaliśmy na miejsce. Po wyjściu na powierzchnię znaleźliśmy się tuż przy Bramie Niebiańskiego Spokoju, stanowiącej wstęp do Miasta. Znad głównego wejścia dumnie spoglądał na nas Mao Tse Tung. Przeszliśmy niepewnym krokiem pod twórcą Ludowej Republiki, następnie przez Bramę Południową oraz kolejną Bramę Najwyższej Harmonii i znaleźliśmy się na dziedzińcu tuż przed Pałacem Cesarskim. Ci to mieli rozmach – można by rzec. Po tym marszu zwiedzania mieliśmy już dosyć, więc zawróciliśmy i po przejściu całego Placu Tiananmen weszliśmy w "hutongi". Wielkomiejski gwar został za plecami, a my znaleźliśmy się pośród wąskich uliczek, licznych sklepików i wszechogarniającego bałaganu. Zakotwiczyliśmy w pierwszej lokalnej gastronomii, zamówiliśmy cztery dania na "chybił trafił" i tym sposobem rozpoczęliśmy proces poznawania chińskiej kuchni.

Podróż do Jiningnan, choć trwała tylko kilka godzin, dłużyła się niemiłosiernie. W pociągu nie było gdzie palca wcisnąć, więc sześcioro ''białych'' przeciskających się na siłę z wielkimi bagażami budziło nie lada sensację. Na zmianę siedzieliśmy na plecakach lub spaliśmy lewitując. W końcu w środku nocy znaleźliśmy się w Jiningnan. Najbliższy pociąg do Erlian odchodził dopiero w południe, więc opanowaliśmy pustą o tej porze „dnia” poczekalnię w pozycji poziomej. Równo o 6:00 do sali wtargnęło kilka sprzątaczek, zaraz za nimi pierwsi podróżni, więc o dalszym spaniu mogliśmy zapomnieć. Chcąc dotrwać do pociągu organizowaliśmy sobie czas na różne sposoby. Gdy wybiła odpowiednia godzina ustawiliśmy się w kolejce, następnie poddani zostaliśmy kontroli i już mogliśmy zajmować miejsca w wagonie. Tym razem mięliśmy szczęście i załapaliśmy się na te siedzące.

Do Erlian dojechaliśmy późnym popołudniem, z nadzieją, że jeszcze tego samego dnia złapiemy pociąg międzynarodowy do Ułan Bator i zdążymy na umówione spotkanie. Pociąg rzeczywiście jeszcze stał przy peronie, ale już do niego nie wpuszczano. Nie pozostało nam nic innego jak pomachać odjeżdżającym i znaleźć jakiś nocleg. Następnego dnia nie chcąc tracić czasu w oczekiwaniu na kolejny wieczorny pociąg postanowiliśmy przekroczyć granicę przejściem drogowym i próbować łapać transport do Ułan Bator już po stronie mongolskiej. Po dwóch godzinach pokazywania i tłumaczenia udało nam się złapać autobus jadący do Zamyn Uud.

Pokonanie kilku kilometrów dzielących dwa miasta i granicy między Chinami a Mongolią zajęło nam i reszcie podróżnym pół dnia. Drugie pół spędziliśmy na kupowaniu biletów kolejowych do Ułan Bator. Najpierw ich nie było i nie było żadnych szans żeby były, a potem nagle się pojawiły i to w bardzo korzystniej cenie. Dlaczego było tak tanio okazało tuż przed odjazdem. Naszym wagonem klasy "obszczyj" obok nas jechała ponad setka Mongołów, plus jakiś tir towaru na handel. Samo wsiadanie bardziej przypominało "walkę o ogień" niż normalne zajmowanie miejsc. Trzeba było się mocno pilnować by nie dostać przelatującym bagażem i uważać, by twojego miejsca nie zajęły ogromne pudła. Wątpliwości zostały rozwiane, jesteśmy na "wschodzie".

Rankiem następnego dnia wydarzyła się rzecz, która od kilku dni śniła nam się nocami. W końcu dojechaliśmy do Ułan Bator. Niestety nie był to 11 sierpnia, więc umówionego kierowcy i jego samochodu też nie było. Musieliśmy zorganizować sobie coś w zastępstwie, co jak się okazało nie było łatwe. Najpierw próbowaliśmy dogadać się z czwórką sympatycznych, młodych ludzi, którzy właśnie byli na etapie rozkręcania firmy turystycznej. Po ustaleniu szczegółów zaprosili nas do swojego "biura" na herbatę. W sumie było dosyć miło i sympatycznie dopóki nie poprosili o zapłatę choćby połowy z góry, a najlepiej całości. Gdy powiedzieli w końcu, że nie mają samochodu, ale coś postarają się wymyślić wzbudziło to w nas już mocno uzasadnione podejrzenia. Kiedy wydawało się, że kolejny dzień przepadnie nam na "problemach technicznych" jak meteoryt spadł nam z nieba Tała.

Tała, skromny facet w młodym wieku, nie dość, że miał spełniające nasze oczekiwania auto i zgodził się na naszą dniówkę, to jeszcze mówił po rosyjsku i "znał teren". Szybko więc zapakowaliśmy się do jego Mitsubushi Delica i ruszyliśmy na ostatnie zakupy przed wyjazdem z Ułan Bator. Odwiedziliśmy Czarny Bazar, gdzie obok niezbędnych akcesoriów turystycznych takich jak garnki, sznurki i kapelusze zakupiliśmy po kilka sztuk „markowych” windstopperów i goretexów :-) Słońce już zachodziło za horyzont, gdy opuszczaliśmy miasto w kierunku Jeziora Chubsuguł, głównego celu naszej wyprawy. I wszystko poszłoby sprawnie i szybko, gdyby nie tylni wał i Papa.

Następnego dnia, tuż przed miastem Erdenet, odbiliśmy z głównej, asfaltowej drogi w kierunku buddyjskiego klasztoru Amarbayasgalant. Świątynia okazała się mocno zaniedbana i kiczowata, choć położona w bardzo urokliwym miejscu, z dala od głównych dróg i wiosek, otoczona niewielkimi pagórkami. W drodze powrotnej, kiedy jeszcze mieliśmy ją na widoku, a z głośników auta wydobywały się taneczne rytmy Modern Talking coś mocno walnęło o podwozie i samochód stanął w miejscu. Jako, że zdarzyło się to pośrodku rzeki, którą właśnie przekraczaliśmy, ciężko było stwierdzić czy uderzenie to oznacza kłopoty czy tylko kamień. Zespołowo wypchnęliśmy auto z potoku i ''na raz'' padliśmy na ziemię by zobaczyć pod podwoziem, co się stało. Widok był porażający. Właśnie straciliśmy tylni wał napędowy, który swobodnie dyndał sobie jedną stroną do dołu, drugą uczepiony do skrzyni biegów. Szczęściem w nieszczęściu było to, że mieliśmy jeszcze przedni. Oby dał radę do Erdenet.

Radę dał. Do trzeciego pod względem liczby mieszkańców miasta Mongolii dojechaliśmy późnym popołudniem. Niestety okazało się, że tego dnia samochodu nie uda już nam się naprawić. Tała, po konsultacji ze znajomymi, a miał ich w każdym większym mieście kilku, oznajmił, że części są i remont będzie, ale dopiero jutro. Zaraz po kropce dodał, że w Erdenet mieszka jego ''papa'' i zaprasza nas do jego jurty na noc. Nie sposób było odmówić i nie sposób opowiedzieć, jaką gościnnością zostaliśmy objęci w domu ojca Tały. Na stół wkroczyły pitne i niepitne lokalne specjały, dzielono się historiami życia, wznoszono toasty za przyjaźń polsko-mongolską. Wtedy też mogliśmy doświadczyć, jak smakuje zupa z barana i co znaczy wódkę popijać kumysem. Biesiada trwała do późnej nocy, a zakończyliśmy ją wspólnymi zdjęciami w delach, czyli tradycyjnych mongolskich płaszczach. Następnego dnia Tała naprawił samochód i pędziliśmy dalej z rozrzewnieniem wspominając ''papę'' i jego gościnę.

Na kolejny postój Tała zaprosił nas do swojego szwagra. Zbliżała się noc, a my właśnie przejeżdżaliśmy koło jego letniego ''rancza''. Konie, owce, jaki, do tego jurty dla turystów i możliwość polowania. Całości, obok szwagra, doglądali jego żona, siostra Tały, i dzieci. Nas poczęstowano pieczonym świstakiem zapijanym dużą ilością kumysu i soloną herbatą z mlekiem jaka. Na deser zaserwowano gotowane, grubo siekane wnętrzności barana. Podobno najlepsze są wątróbki i serce, ale o gustach się nie dyskutuje. Zatem kolejny raz mieliśmy możliwość zobaczyć jak wygląda gościnność po mongolsku i porozmawiać z ludźmi, których życie dla wielu z nas do niedawna było abstrakcją.

Kolejnego dnia, 15 sierpnia, za wszelką cenę postanowiliśmy dojechać nad jezioro. Do pokonania wciąż pozostawało około 300 kilometrów, co jak na mongolskie drogi, a raczej bezdroża, stanowiło nie lada wyzwanie. Jako że Tała dawał z siebie wszystko, jechaliśmy dynamicznie szybko łapiąc kolejne kilometry. Po południu dotarliśmy do sporego jak na mongolskie standardy miasta Mörön, gdzie uzupełniliśmy zapasy i zrobiliśmy ostatnie zakupy z przeznaczeniem na rajd konny. Do jeziora Chubsuguł pozostawało 100 kilometrów, czytelnej i przyzwoitej drogi, a to znaczyło, że coś musi się wydarzyć. Jakieś 10 kilometrów przed wioską Hatgal, położoną już nad brzegiem jeziora, pod wpływem nierówności drogi auto wpadło w głębokie bujanie. Zaraz po tym dało się słyszeć metaliczne rwanie, tym razem w przedniej części podwozia. Tała stanął jak wryty, zaklął po swojemu coś pod nosem i przy świetle latarki poszedł oceniać straty. Z duszą na ramieniu czekaliśmy na werdykt. Tym razem uszkodzeniu uległ przedni wahacz przy prawym kole. Szczęśliwie naderwanie było na tyle nieduże, że mogliśmy jechać dalej. Ostatnie kilometry dzielące nas od jeziora pokonaliśmy w zupełnej ciszy, skupieniu i ciemnościach.

Rankiem w końcu ujrzeliśmy cel naszej wyprawy. Poprzedniego dnia, gdy rozbijaliśmy namioty był już środek nocy i o obecności Chubsugułu świadczyły tylko fale rozbijające się o niewysoki brzeg. Teraz, w promieniach wschodzącego słońca, jego widok zapierał dech w piersi, a kąpiel mroziła krew w żyłach. Po leniwej pobudce przyszła pora na zorganizowanie koni. Miały one stać się naszymi towarzyszami podróży na kolejne kilka dni. Jak się okazało nie było to takie łatwe głównie z powodów komunikacyjnych, a nam zależało by ruszać w drogę jeszcze tego samego dnia. Szczęśliwie w Hatgal i okolicy nie brakowało koni, więc po dwóch godzinach poszukiwań każdy z nas mógł dosiadać już swojego wierzchowca. Karawanę sześciu jeźdźców uzupełniały dodatkowo dwa juczne konie i dwóch przewodników.

Jezioro Chubsuguł ciągnie się na długości ponad 130 kilometrów z południa, gdzie byliśmy, na północ w kierunku granicy z Rosją. Ze zachodniej strony otaczają je wysokie Góry Chubsugulskie porośnięte modrzewiową tajgą, od wschodu pagórkowaty step. Na północ od jeziora rozciąga się wschód-zachód rozległe, graniczne pasmo Sajanu Wschodniego z najwyższym, 3,5-tysięcznym Munku Sardykiem. Okolice jeziora są słabo zaludnione, a większość jego mieszkańców stanowią Tsataani, hodowcy reniferów i osiedli tu Mongołowie. Naszym założeniem, jeszcze na długo przed wyprawą, było objechanie całego Chubsugułu. Podejrzewaliśmy, że zajmie nam to dziesięć dni, no może dwa tygodnie. Jednak im bliżej było wyjazdu tym wyraźniej widzieliśmy, że będzie to niemożliwe. Nie tylko ze względu na ograniczenie czasowe, ale przede wszystkim na warunki. Latem na znacznym obszarze wokół jeziora tworzą się bagniska, po których konie nie przejdą. Obchodzenie podmokłych terenów i wchodzenie w góry może wydłużać trasę w nieskończoność. Teraz, mając za sobą przygody z samochodem i perspektywę kolejnych podczas powrotu, postanowiliśmy, że na konie poświęcimy tylko pięć dni. Zajedziemy najdalej jak się da, a później będziemy wracać.

Zaczęliśmy powoli, chcąc znaleźć wspólny język ze zwierzętami. Koniki mongolskie, wywodzące się od konia Przewalskiego, są niskie, krępe, niesłychanie mocne i wytrwałe. Potrafią maszerować bez odpoczynku wiele kilometrów, przechodząc ze stępu w kłus, a z kłusu w galop. Są też niesłychanie uparte i na swój sposób zaprogramowane. Trzeba mieć nie tylko sporo umiejętności, ale i samozaparcia, by dały się prowadzić w kierunku jaki się obierze. Inaczej maszerują jak na automatycznym pilocie za przewodnikiem stada, niezależnie od chęci i wysiłków jeźdźca. I dopiero głośne „czu” i mocne danie łydki sprawia, że są w stanie pogonić do przodu. A wtedy nic nie jest w stanie je zatrzymać.

Posuwaliśmy się na północ, wzdłuż zachodniego brzegu jeziora. Po prawej stronie prowadziły nas jego turkusowe wody, po lewej mięliśmy stale przybliżające się Góry Chubsugulskie. Towarzyszyła nam wyraźna droga prowadząca do najbardziej oddalonych osad. Co jakiś czas mijaliśmy pojedyncze jurty lub drewniane domki zamieszkane przez pasterzy i rybaków. Kilka razy natrafiliśmy również na duże bazy, tzw. „ger campy”, przygotowane z myślą o turystach. Z każdym kilometrem okolica stawała się coraz bardziej odludna, dzika, surowa. Choć była dopiero połowa sierpnia dało się odczuć już szybko mijające lato. Jest ono nad Chubsugułem wyjątkowo krótkie ze względu na specyficzny mikroklimat tworzony przez zimne wody jeziora i górzystą okolicę. Już w sierpniu w nocy pojawiają się przymrozki, a trawy i modrzewie zaczynają żółknąć.

Na pierwszy nocleg zatrzymaliśmy się przy samym, wydawałoby się niczyim, brzegu jeziora. Gdy tylko rozbiliśmy namioty i rozpaliliśmy ognisko, jak zjawa pojawiła się pewna nieznajoma i oznajmiła, że to jej teren i musimy go opuścić. Trzy tysiące tugrików rozwiązało problem, ale niesmak pozostał. Zdążyliśmy już zapomnieć, że oto znaleźliśmy się w jednym z najbardziej turystycznych regionów Mongolii, gdzie pieniądze mają większą wartość niż w stepie. Nie tracąc mimo wszystko dobrego humoru upichciliśmy na ognisku pyszny posiłek i zalegliśmy w śpiworach.

Następny dzień rozpoczęliśmy od orzeźwiającej kąpieli w jeziorze Chubsuguł, co stało się później swego rodzaju rytuałem. Woda w nim, choć krystalicznie czysta, nawet w lato jest tak lodowata, że zimno się robi od samego patrzenia. Za to po wyjściu momentalnie robi się ciepło i przyjemnie, a zaraz potem powraca krążenie. W ciągu całego dnia dalej podążaliśmy w wybranym północnym kierunku, robiąc krótkie postoje, delektując się krajobrazem i negocjując z końmi lepszą współpracę. Nasi przewodnicy, choć nie rozmawiający w żadnym „cywilizowanym” języku, wydawali się zaangażowani i troskliwi, i dobrze spełniali swoje obowiązki. Tu był ich dom, więc znali okolicę jak własną kieszeń. Pod wieczór beznadziejna od rana pogoda poprawiła się i mogliśmy podziwiać wspaniały spektakl słońca chowającego się za górami. Cała okolica tonęła w ciepłych i mocnych kolorach.

18 sierpnia około południa dojechaliśmy do najdalej wysuniętego na północ miejsca naszego rajdu. Postanowiliśmy uczcić to dłuższym postojem połączonym z plażowaniem na kamienistym brzegu. Nawet nie spostrzegliśmy się, gdy zza gór zaczęły napływać ciężkie, burzowe chmury. W pośpiechu wsiadaliśmy z powrotem na konie i wciągaliśmy płaszcze przeciwdeszczowe. Gdy tylko rozpoczęliśmy odwrót zrobiło się czarno i rozpętało się wielkie gradobicie. Trwało ono pół godziny i tak szybko jak się zaczęło tak szybko skończyło pozostawiając po sobie surrealistyczny krajobraz. Cala okolica oświetlona wynurzającym się z za chmur słońcem pokryta była białą warstwą lodu. Zmoczeni do przysłowiowej suchej nitki zatrzymaliśmy się przy najbliższym zgrupowaniu jurt i zabraliśmy się do suszenia. Tego dnia nie myśleliśmy już o dalszej jeździe, tym bardziej, że jak się okazało, znajdowaliśmy się przy turystycznym „ger campie”. Obok zasobnego w napitki baru wyposażony on był w bilard, niezwykle w Mongolii popularny. Jak się potoczył ten wieczór, można sobie tylko wyobrazić skoro następnego dnia ruszyliśmy grubo po południu.

Mimo tak późnego startu tego dnia ujechaliśmy spory kawałek i dopiero zbliżający się popołudniowy deszcz zmusił nas do szukania miejsca na nocleg. Znaleźliśmy go tym razem w jurcie jednej z mongolskich rodzin hodującej nad brzegiem jeziora jaki. Tradycyjnie poczęstowano nas soloną herbatą z mlekiem, a na deser obdarowano suszoną, chubsugulską rybą. My odwdzięczyliśmy się przygotowując turystyczną potrawkę na jurtowej kuchni. Było miło i sentymentalnie. W końcu miała to być nasza ostatnia noc nad Chubsugułem. Wieczorem odbyliśmy jeszcze długi spacer brzegiem jeziora, a na dobranoc tradycyjnie już rozrzuciliśmy brydża. Tej nocy spaliśmy jak zabici.

Następnego dnia przywitał nas wyjątkowo mroźny poranek. W jurcie panował przeraźliwy chłód i niewiele pozostało z ciepła rozgrzanego wieczorem piecyka. Przez szczeliny wpadało mocne słońce rozświetlając ponure wnętrze i świadcząc o pogodnym poranku. Po wyjściu z namiotu naszym oczom ukazało się jeszcze jedno oblicze Chubsugułu, do tej pory nieznane. Cała tafla jeziora spowita była gęstą mgłą nad którą rozpościerało się czyste, błękitne niebo. Gospodynie właśnie rozpoczynały swój codzienny rytuał dojenia jaków, a my ruszyliśmy do rytualnego robienia zdjęć. Ciężko było powstrzymać się od otwierania migawki, bo widoki były naprawdę wyjątkowe. Z czasem mgła się rozeszła, słońce przygrzało i nastał bardzo ciepły dzień. Ostatnie kilometry jakie pozostały nam do Hatgal pokonywaliśmy stromym, górskim brzegiem z widokiem na mocny turkus Chubsugułu. Żal było rozstawać się z jeziorem, i ze zwierzakami, z którymi zdążyliśmy się już dobrze porozumieć.

Po powrocie do Hatgal szybko odnaleźliśmy Tałę. Jego zadaniem podczas naszej nieobecności była naprawa samochodu. Wieści przywitały nas jednak mocno zaskakujące. Z samochodem było bez zmian, a z Tałą wprost przeciwnie. Od dziś przez kilka następnych dni nosił ciemne okulary za którymi chował podbite oko. Z lekkim uśmiechem przyjęliśmy jego nowy ''image'', zapakowaliśmy się do auta i powoli ruszyliśmy do Mörön. W Mörön, dzięki pomocy znajomego Tały, udało się naprawić samochód i dalej mogliśmy jechać już dużo pewniej i szybciej.

Skierowaliśmy się dalej na zachód, w stronę miejscowości Uliastaj. Naszym kolejnym celem były Góry Changaj i ich najwyższy szczyt Otgontenger (4010 m n.p.m.). Znajdują się one w środkowej części Mongolii, a sam Otgontenger to święta dla Mongołów góra. O ile całodniowy przejazd do Uliastay minął nam bez niespodzianek, o tyle w drodze z miasta do podnóży masywu nie mieliśmy już tyle szczęścia. Kolejne nierówności, kolejne bujanie i kolejna awaria. Okazała się ona na tyle poważna, że Tała nie chciał ryzykować dalszej jazdy. Zawrócił do Uliastay, a my spakowani na dwa dni górskiej wędrówki ruszyliśmy dalej o własnych siłach.

Była to dosyć szalona decyzja. Padał deszcz, pogoda była do luftu, a pod Otgontenger pozostawało ponad 30 kilometrów. Szczęśliwie udało nam się złapać stopa. Niezniszczalny Ził zawiózł nas prawie pod samą bramę Bazy Pionierów skąd ruszyliśmy dalej doliną wzdłuż lewego brzegu potoku. Jak się później okazało było to brzemienne w skutkach. Pogoda się nie poprawiała, dolina wydawała się nie mieć końca, a my szliśmy uparcie przed siebie. Kiedy minęliśmy ostatnie jurty wpakowaliśmy się w podmokły, mocno zarośnięty teren. Spowolniło to nasz marsz tak, że o północy przy świetle latarek jeszcze nie byliśmy przy jeziorku położonym u stóp Otgontender. W końcu natrafiliśmy na stromo nachylone gołoborza, które tego dnia zatrzymały nas już skutecznie. Po noclegu w mokrym namiocie ruszyliśmy dalej nie chcąc poddawać się bez walki. Szeroka dolina, którą do tej pory podążaliśmy powoli zakręcała, co oznaczało, że lada chwila odsłoni się widok na górę. I rzeczywiście. Jak tylko doszliśmy do wlotu mniejszej dolinki oczom naszym ukazał się potężny masyw. Niestety było już za późno na podejmowanie próby wejścia. Poprzedni dzień tak nam dał się we znaki, że widok góry był dla nas wystarczającym osiągnięciem.

Wróciliśmy do Uliastay, odnaleźliśmy Tałę z naprawionym już samochodem i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się przy jeziorze Terhijn Cagaan, weszliśmy na wulkan Horgo, zwiedziliśmy buddyjski klasztor w Harhorin i po dwóch dniach pojawiliśmy się w Ułan Bator. Aż trudno było uwierzyć, że nie zatrzymała nas po drodze kolejna awaria, ale widocznie widząc kierunek na dom auto psuć się nie zamierzało. W Ułan Bator pożegnaliśmy się serdecznie z Tałą, który przed te kilkanaście dni stał się naszym prawdziwym przyjacielem. Ten obiecał nam, że za rok będzie miał nowy samochód i o awariach nie będzie już wtedy mowy. Na jego mongolskiej twarzy malował się szczery uśmiech, a po sinym oku nie było już śladu. Tak zakończyła się nasza kolejna przygoda z Mongolią i spotkanie z wyjątkowym człowiekiem.

Droga powrotna do Pekinu przebiegła tym razem w ekspresowym tempie i 29 sierpnia zameldowaliśmy się w znanym nam już "hutongu". Ostatnie dziesięć dni wyprawy przeznaczyliśmy na Chiny. Podczas kilkudniowego pobytu w Pekinie zobaczyliśmy Letni Pałac, Świątynię Słońca i Chiński Mur. Jednak największą atrakcją była przejażdżka wypożyczonymi rowerami po wąskich i szerokich ulicach miasta. Mogliśmy przekonać się na własnej skórze, jak świetnym środkiem transportu jest tu popularny składak. Następnie przenieśliśmy się w góry Wutai Shan. To centrum chińskiego buddyzmu, pełne kolorowych klasztorów rozlokowanych na płaskich górskich grzbietach. My wdrapaliśmy się na Północny Taras, czyli najwyższy szczyt masywu (3058 m n.p.m.), tym samym zdobywając najwyższą górę północnych Chin. Końcowym punktem wyprawy był Szanghaj. Kilka dni spędzonych w tak żywiołowym mieście pełnym biznesu, handlarzy i naciągaczy wystarczyło, by z przyjemnością myśleć o powrocie do domu. Drogę na lotnisko pokonaliśmy pociągiem rozpędzającym się do 431 kilometrów na godzinę. Chińczycy to mają rozmach - nic dodać, nic ująć.

Wyprawa konna do Mongolii + północno-wschodnie Chiny

W

S
i
o
d
ł
o

i

p
r
z
e
z

S
t
e
p

bottom of page