Ziemia na nowo odkrywana
wojciech marzec

Ojos del Salado
Argentyna
1 lutego – 7 marca 2007

1 LUTEGO
Zbiórka na Okęciu o 5:30. Punktualnie stawia się Agnieszka, Wojtek, Piotr, Grzesiek. Docieram i ja. Nasz ekwipunek to pięć 100 litrowych worków wypakowanych bo brzegi i kilka sztuk bagażu podręcznego. W sumie wychodzi 30 kg na głowę, czy oby nie za dużo? Wylatujemy punktualnie o 6:30. Pierwsza przesiadka w Monachium. Czasu na zmianę samolotu jest niewiele i po chwili znów unosimy się w powietrze. Po 6 godzinach mijamy równik, po 12 lądujemy w Sao Paulo. Uderza ciepło brazylijskiego lata. Do celu już nie daleko. Jeszcze tylko międzylądowanie w Kurytybie i o 1:00 czasu lokalnego przybywamy do Buenos Aires. Historia lubi się powtarzać.
3 LUTEGO
Nockę postanawiamy spędzić na lotnisku. Niestety nie wszystko przebiega zgodnie z planem. Bagaż Agnieszki nie doleciał. Interweniujemy w biurze portu i dostajemy przyrzeczenie, że o 11 będzie na pewno. Nie mamy wyjścia. Nad ranem bagaż na szczęście przylatuje i ze spokojem możemy oddać się podziwianiu argentyńskiej stolicy. Planowy odjazd autobusu do Mendozy to 20:22. Kto nie zna Argentyny mocno by się zdziwił. Jednak dla nas to już nie pierwszyzna. Autobus spokojnie podjeżdża na stanowisko o 21:30. Pół godziny później ruszamy w drogę. Mendoza wita nas pięknem ośnieżonych Andów. Takiego widoku się nie zapomina. Szybko przedostajemy się do hotelu, gdzie zostawiamy rzeczy i ruszamy na miasto. Zakupy na pierwszą cześć wyprawy zajmują trzy godziny. Po spełnieniu obowiązku oddajemy się przyjemnościom. Argentyńskie steki i wino stanowią znakomite zwieńczenie ciężkiego, upalnego dnia. Już jutro rozpoczynamy pierwszy górski etap ekspedycji.
16 LUTEGO
Za nami pierwszy etap ekspedycji. Choć pogoda nie zawsze sprzyjała i nie wszystko przebiegało zgodnie z planem poszło nam wyjątkowo dobrze. Podczas 11 dni spędzonych w grupie górskiej Cordillera de la Ramada udało nam się zdobyć trzy znaczące szczyty: Cerro Negro (5550 m n.p.m.), Pilar Grande (6010 m n.p.m.) i najwyższy w całej grupie Mercedario (6770 m n.p.m.). Ale po kolei...
Rankiem, 4 lutego, o godzinie 7:00 przed nasz hotel w Mendozie zajechał biały Land Rover Defender, rocznik 99. Po zapakowaniu pięciu 100-litrowych worków ze sprzętem, rzeczami osobistymi i żywnością ruszyliśmy w drogę. Po niespełna dwóch godzinach zboczyliśmy z głównej asfaltowej szosy i pomknęliśmy dalej argentyńskimi bezdrożami w kierunku wysokich, ośnieżonych gór. Droga, wiodąca malowniczą doliną rzeki Colorado stawała się coraz bardziej kręta i wyboista, a samochód wielokrotnie wznosił się wysoko ponad dno doliny. Około 15:00 minęliśmy kryształowe wody Laguny Blanca i dojechaliśmy do miejsca zwanego Casa Blanca, bazy wyprawy. Wysokość 3200 m n.p.m.
Następny dzień przywitał nas wczesnym, rześkim porankiem. Po wyjściu z ciepłych śpiworów okazało się, że gaucho Alejandro już czeka. Z wykorzystaniem dwóch wynajętych mułów przetransportowaliśmy cały nasz dobytek do bazy wysuniętej. Miejsce to, znajdujące się na wysokości prawie 4100 m n.p.m., pozbawione było już jakiejkolwiek roślinności i stało się naszym domem na następnych kilka dni. W trakcie tego czasu odbyliśmy kilka wyjść depozytowych w kierunku obozu I, następnie do obozu II, tak by 9 lutego być gotowym do ataków szczytowych. Na tak duże tempo akcji miała wpływ również utrzymująca się dobra pogoda i obawa przed jej nagłą zmianą.
10 lutego padł nasz pierwszy cel. Trzyosobowym zespołem razem z Wojtkiem i Grześkiem wyruszyliśmy z obozu I z zamiarem wejścia na Pilar Grande. Po pokonaniu 900-metrowego przewyższenia stanęliśmy na wierzchołku około 15:30. Tego samego dnia Grzesiek wrócił do obozu I, a ja z Wojtkiem pozostałem w obozie II na wysokości 5700 m n.p.m. Następnego dnia miał nastąpić atak na główny cel tego etapu ekspedycji, Mercedario.
Pobudka o 3:30. Szybkie śniadanie, herbata do termosów, pakowanie. Ruszamy o 4:30. Tym razem maszeruję w towarzystwie Wojtka i Agnieszki, która poprzedniego dnia dołączyła do nas z obozu I. Jest ciemno, przenikliwie zimno, poczucie chłodu potęguje silny wiatr. Idziemy powoli, gęsiego, krok za krokiem. Trzymamy równe tempo, by się nie zmęczyć, nie robimy odpoczynków, by nie tracić ciepła. Co chwila z rozrzewnieniem spoglądamy w stronę wschodu, wypatrując słońca. Niestety na horyzoncie widoczna ledwie poświata. Dopiero około godziny 7:00, na wysokości 6200 m n.p.m., twarze nasze rozgrzewają pierwsze promyki słońca. Działa jak zbawienie. Niestety nie jest nam dane długo delektować się jego ciepłem. Po chwili wchodzimy w zachodnie, zacienione zbocze góry. Podążamy nim dalej kilkadziesiąt metrów poniżej grzbietu. Wznoszący się trawers wydaje się nie mieć końca. Gdzieś w oddali majaczy wierzchołek. Jak się później okazuje to jeden z pięciu przedwierzchołków. W końcu o godzinie 12:30 czasu lokalnego, 11 lutego, stajemy całą trójką na Mercedario, 6770 metrów ponad poziomem morza, najwyższym szczycie Cordillera de la Ramada, 74 lata po odkrywcach i pierwszych zdobywcach tych gór, również Polakach.
Po trzech dniach, 14 lutego, staję na szczycie Cerro Negro, niewysokiej acz pięknej góry wyglądem przypominającej tatrzański Czarny Wierch, tym samym kończąc naszą działalność górską w tej części Argentyny. O jej wyjątkowości niech świadczy fakt, że przez te kilkanaście dni w górach nie spotkaliśmy nikogo, a naszymi stałymi gośćmi były stada biegających guanaco, szybujące w powietrzu kondory i uszczuplające nasze żywnościowe zapasy myszy.
20 LUTEGO
16 lutego znaleźliśmy się na powrót w Mendozie. Przyszedł czas na zasłużony wypoczynek i regenerację sił. Argentyńskie steki, wino, lody na deser. Spacery urokliwymi uliczkami, wylegiwanie się na ławkach w parkach pełnych zieleni. Tak minęły nam trzy pełne dni. Niczym w raju.
Kiedy już ukoiliśmy skołatane górskim wysiłkiem ciała i dusze ruszyliśmy na północ, w kierunku pustynnego płaskowyżu Puna de Atacama. To tu znajdował się główny cel naszej ekspedycji, najwyższy wulkan Ziemi, Ojos del Salado. Przez San Juan, La Rioję i Catamarcę dotarliśmy do niewielkiej miejscowości Fiambala, położonej już na skraju pustyni. Życie płynie tu wyjątkowo leniwie, a większość mieszkańców "pracowicie" spędza dzień przesiadując w lokalnych barach lub wzdłuż zabudowań bezpośrednio na ulicy. Żar z nieba leje się wielkimi strumieniami i nie zachęca do wysiłku. My nie zabawiamy tu długo. Wynajętym Mitsubishi pick-up przedostajemy się z całym ekwipunkiem do miejsca potocznie zwanego Perro Caliente. To tu rozpoczyna się nasz szlak na najwyższy wulkan Ziemi od strony argentyńskiej, tej dużo mniej popularnej.
4 MARCA
Ojos del Salado zdobyty! Na szczycie najwyższego wulkanu staję 25 lutego, o godzinie 12:03 czasu lokalnego. Tuż po mnie na wierzchołek dociera Wojtek, następnie Piotrek i Grzesiek, czyli wszyscy który brali udział w tej części wyprawy. Ojos del Salado, najwyższy wulkan na Ziemi, zostaje zdobyty od strony argentyńskiej!
Droga, jaką wybraliśmy na szczyt najwyższego wulkanu na Ziemi, nie należała do najłatwiejszych. Ojos del Salado znajduje się na granicy Argentyny i Chile, w miejscu bezludnym i wyjątkowo suchym. My postanowiliśmy zdobyć go od strony argentyńskiej, wymagającej dużo więcej czasu i wysiłku niż strona chilijska. Samo podejście pod masyw to pokonanie ponad 50 kilometrów na wysokości przekraczającej 3500 m n.p.m. A należy pamiętać, że wejście na szczyt to nie wszystko. Trzeba jeszcze wrócić. Cala akcja zajęła nam 9 dni.
20 lutego znaleźliśmy się w miejscu nazywanym Perro Caliente, na wysokości 3700 m n.p.m. Od razu rozpoczęliśmy starania nad zorganizowaniem karawany do transportu naszego ekwipunku. Okazało się to rzeczą nie łatwą. W miejscu, gdzie nie często zagląda człowiek, ciężko znaleźć kogoś, kto podjąłby się takiego zadania. Ostatecznie naszą karawanę poprowadził gaucho Albino Fabian na koniu Negro, który zabrał muła, oślicę i dwa psy, Bobiego i Chico. Następnego dnia ruszyliśmy w góry.
Podążaliśmy kolejnymi długimi dolinami, które raz rozszerzały się tworząc niczym ograniczone równiny, raz zwężały stając się wąwozami. Od samego początku czuliśmy zbawienne działanie wcześniejszej, dwutygodniowej aklimatyzacji w górach Cordillera de la Ramada. Nikomu nie dokuczał ból głowy ani inne dolegliwości często występujące na dużych wysokościach. Również karawana, mimo znacznych różnic charakterów, spisywała się dzielnie starannie transportując nasz ekwipunek. Po trzech dniach i noclegach w Agua Caliente i Agua del Vicuña, dotarliśmy w miejsce nazywane El Arenal, na wysokość 5500 m n.p.m., do bazy wyprawy. Dopiero tutaj dane nam było ujrzeć Ojos del Salado, cel naszej ekspedycji. Wcześniej zasłaniały go bliższe szczyty. Ogromne wrażenie jaki na nas wywarł spowodowało, że morale w zespole wzrosło.
24 lutego, już bez udziału Seniora Albino i jego zespołu, ruszamy w kierunku ściany masywu. Zabieramy ze sobą oprócz sprzętu biwakowego i wspinaczkowego żywność na trzy dni. To na wypadek załamania pogody i konieczności czekania na jej poprawę. Na wysokości 5900 m n.p.m., u stóp wulkanu, rozbijamy obóz. Niestety niebo zaciąga gruba warstwa ciemnych chmur. Czyżby sprzyjająca do tej pory aura miała stać się naszym przeciwnikiem w walce o szczyt? Następnego dnia postanawiamy atakować.
Pobudka o 4:00. Małe śniadanie, gotowanie herbaty do termosów i pakowanie plecaków zajmuje ponad godzinę. Wychodzimy o 5:30. Na niebie ani śladu wieczornych chmur. Jest jasno, krajobraz rozświetlają miliony gwiazd i księżyc. Idziemy jeden za drugim w równych odstępach. Z czasem odległości te zaczną się zwiększać, a zespół podzieli się na dwie części. Pierwszy odcinek to 500 metrów przewyższenia stromo nachylonym rumoszem skalnym. Dobre tempo sprawia, że świt zastaje nas już na wypłaszczeniu. Stąd widać już właściwy wierzchołek. Wydaje się być jak na wyciągnięcie ręki. Wiemy jednak, że czeka nas jeszcze kilka godzin wspinaczki. Obchodzimy niewielkie obniżenie, tak by nie tracić wysokości i dalej poruszamy się zlodzonym płatem całorocznego śniegu, zalegającym na najwyższej ścianie masywu. Sięga prawie do samego wierzchołka. Wspinaczka zajmuje nam sporo czasu i odbiera wyjątkowo dużo sił. W użyciu raki i czekan. Wysokość znacznie przekracza już 6500 m n.p.m. Determinacja i bliskość wymarzonego celu sprawia, że nikt nie okazuje chwili zawahania i zwątpienia. Ostatni odcinek to już znacznie łatwiejsze podejście kamienistym zboczem. Góra, która dla wielu nawet nie istnieje, dla nas staje się osiągalnym celem.
25 lutego, w niedzielę, o 12:03 czasu miejscowego staję na szczycie Ojos del Salado, 6893 metry nad poziomem morza. Chwilę po mnie na wierzchołek dochodzi Wojtek. W ciągu dwóch kolejnych godzin wierzchołek osiąga Piotrek i Grzesiek, czyli wszyscy który brali udział w tej części wyprawy. Najwyższy wulkan na Ziemi zostaje zdobyty od strony argentyńskiej. Staje się to w 70. rocznicę pierwszego wejścia, dokonanego również przez Polaków. Duma i szacunek!