Ziemia na nowo odkrywana
wojciech marzec

W Królestwie Kondorów
Argentyna i Chile
9 lutego – 8 marca 2006

Pomysł wyprawy na najwyższy szczyt Ameryki Południowej narodził się podczas powrotu z wcześniejszej wyprawy do Azji i wynikał z poszukiwania kolejnego celu wspinaczkowego, dodatkowo dostępnego w polskim sezonie zimowym. Wybór był dość oczywisty, a mój entuzjazm udzielił się również Basi, Marcinowi, Michałowi, Januszowi i Wojtkowi. Zatem 9 lutego na warszawskim Okęciu stawiło się sześciu zapaleńców żądnych kolejnych górskich przygód. Mimo, że od Buenos Aires dzieliło nas ponad 12 tysięcy kilometrów przelot zabrał nam tylko 16 godzin. Aż trudno uwierzyć, że to niewiele dłużej niż przejazd pociągiem w Bieszczady. Stolica Argentyny przywitała nas trzydziestostopniowym upałem, pięknymi kobietami i niezliczoną ilością boisk piłkarskich. Spędziliśmy tam jeden dzień na zwiedzaniu miejscowej architektury, Wieży Anglików, najszerszej alei świata (Avenida 9 de Julio) i podziwianiu argentyńskiego tango na ulicy. Wieczorem udaliśmy się na dworzec Retiro i bardzo nowoczesnym autobusem ruszyliśmy w kierunku zachodzącego słońca – do Mendozy.
To dwumilionowe miasto jest argentyńską stolicą wina, więc nawet specjalnie nie żałowaliśmy, gdy przyszło nam spędzić tam jedną noc w oczekiwaniu na pozwolenia umożliwiające wejście do Parku Regionalnego „Aconcagua”. Postój ten wykorzystaliśmy również na zrobienie zakupów żywnościowych przeznaczonych na okres trwania akcji górskiej. Rankiem następnego dnia przedostaliśmy się do Punta de Vacas, miejscowości położonej u wylotu doliny, którą mieliśmy zamiar podążać w stronę podnóży góry będącej naszym celem
Po zorganizowaniu mułów niezbędnych do transportu znacznej części ekwipunku rozpoczęliśmy trekking w kierunku Plaza Argentina – bazy wyprawy. Jeszcze tego samego wieczoru dotarliśmy do pierwszego postoju na naszej drodze, Pampa de Leñas. Po okazaniu pozwoleń każdy z nas obdarowany został workiem foliowym przeznaczonym na śmieci. Uprzedzono nas również, że drugi otrzymamy w bazie głównej z wykorzystaniem na... kupy. Nie okazanie ich podczas powrotu skutkowało wysokimi karami. Niewątpliwie Argentyńczycy bardzo dbają o ekologię. W górach jest naprawdę czysto, a znalezienie śmieci poza obozami graniczy z cudem.
Następny dzień spędziliśmy na podziwianiu uroków doliny Rio de las Vacas, żeby wieczorem po raz pierwszy ujrzeć cel naszej wyprawy – masyw Aconcagua. Góra zrobiła na nas ogromne wrażenie i długo nie mogliśmy wyjść z podziwu dla jej dominującej nad całą okolicą postawy. Po noclegu w Casa de Piedra 15 lutego ruszyliśmy w kierunku celu, który przyciągał nas jak magnes. Po ośmiogodzinnej wędrówce doliną Reliñchos dotarliśmy do bazy wyprawy. Mimo iż do tej pory na swojej drodze nie spotykaliśmy wielu turystów Plaza Argentina okazała się miejscem wyjątkowo gwarnym. Obecność grupy ratowniczej, kilku agencji wspinaczkowych i namiotów indywidualnych turystów nie wskazywała na zbliżający się koniec sezonu.
Argentyńczycy dużą uwagę przywiązują do bezpieczeństwa w górach. Do tej pory mogliśmy to tylko obserwować, natomiast w bazie przekonaliśmy się o ty ma własnej skórze. Kontrola stanu zdrowia przeprowadzona przez dyżurnego lekarza zaowocowała tym, że dwa dni później dwie osoby z naszej grupy zmuszone były do powrotu do Casa de Piedra celem poprawy aklimatyzacji na niższej wysokości. Podczas, gdy nasi pechowcy robili sobie wycieczki aklimatyzacyjne w dolinie rzeki Las Vacas, reszta ekipy, mimo osłabionych szeregów, parła do góry.
17 lutego stanął obóz pierwszy. Po jednodniowym odpoczynku postanowiliśmy wynieść depozyt do "dwójki". Odcinek ten okazał się wyjątkowo męczący i nie wszyscy dotarli do wyznaczonego celu. Następny dzień przeznaczyliśmy na ostrą regenerację sił. Podczas, gdy niektórzy nie wychodzili daleko poza teren obozu inni zdecydowali się zejść do bazy. Wycieczka do Plaza Argentina zakończyła się spotkaniem z pełnymi wigoru rekonwalescentami oraz ponownym scaleniem zespołu. Od tego momentu do góry poruszaliśmy się już wszyscy razem, 6-osobowym składem. 21 lutego przepuściliśmy kolejny szturm na "dwójkę", a tym razem wszystkim udało się osiągnąć wysokość 5900 metrów nad poziomem morza. Obóz drugi stanął, a nam zostawało walczyć już tylko o najwyższą nagrodę.
Ze względu na niezłe samopoczucie wszystkich członków ekipy doszliśmy do wniosku, że nie ma na co czekać i o 4:00 rano kolejnego dnia podjęliśmy próbę ataku szczytowego. Niestety góra nie poddała nam się tak łatwo jak byśmy sobie tego życzyli. Po siedmiu godzinach podejścia drogą Falso Polaco i osiągnięciu wysokości schronu Independencia zdecydowaliśmy się na odwrót. Zmusił nas do tego słynny andyjski "biały wiatr" (viento blanco), charakteryzujący się ogromną siłą i niesionym obłokiem drobinek lodu. Wiał on z taką siłą, że utrzymanie się na nogach przychodziło nam z wielkim trudem. Po powrocie do „dwójki” dwie osoby zrezygnowały z dalszej walki o górę i zeszły do Plaza Argentina, by tam poczekać na resztę ekipy.
Kolejny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek i przygotowanie do ponownego ataku na szczyt. Nasze morale, osłabione nieudaną próbą, bardzo się poprawiło, gdy zaprzyjaźniony kolumbijski przewodnik powiedział nam: "Tomorrow is the day!". I rzeczywiście, był to wspaniały dzień. 24 lutego pogoda była doskonała, a po wietrze nie pozostało już śladu. Widoczność umożliwiała dostrzeżenie najdalszych wierzchołków i najbliższego oceanu. Zapanowały idealne warunki, by zdobywać najwyższy szczyt Ameryki Południowej. Atak szczytowy podjęliśmy w dwóch zespołach. Ja w towarzystwie dwójki amerykańskich instruktorów wspinaczki Peter’a i Jeff’a ruszyłem na nieprzebytą od miesiąca Directo Polaco (inaczej Direttissima), czyli bezpośrednio idącą do góry drogę prowadzącą poprzez Lodowiec Polaków. Basia, Michał i Marcin skierowali się ponownie na Fałszywą Drogę Polaków (Falso Polaco), marszrutę naszej pierwszej podjętej próby.
Początkowo szło się dobrze, lecz jak to w wysokich górach bywa sił szybko zaczęło ubywać. Wraz z wysokością krok stawał się coraz krótszy, a oddech coraz szybszy. Niestety złe samopoczucie i wyczerpanie zmusiło Basię i Michała do przerwania ataku. Mijały minuty, godziny, a pozostała dwójka, choć niezależnie, zawzięcie posuwała się do góry. Niesamowita wola walki i uruchomienie najniższych poziomów energii sprawiło, że marzenia powoli stawały się rzeczywistością. Pierwszy na szczyt dotarł Marcin. Po niespełna 10 godzinach wspinaczki, o godzinie 14:41, osiągnął główny wierzchołek Aconcagua (6961 m n.p.m.) rozgrzany promieniami popołudniowego słońca. Gdy ten delektował się uczuciem zwycięstwa ja mozolnie gramoliłem się do góry Lodowcem Polaków. Wspinaczka lodową ścianą okazała się niezwykle wymagająca, a panujące warunki śniegowe tłumaczyły niepowodzenia wcześniejszych ekip. Dobra współpraca polsko-amerykańskiego zespołu umożliwiła jednak osiągnięcie celu. Na szczyt dotarliśmy o zmroku, gdy po Marcinie nie było na nim już śladu. Była 20:41 i mijała 17-ta godzina od wyruszenia z obozu. Tym samym niepokonany od miesiąca Lodowiec Polaków znalazł swoich pogromców, a nasza wyprawa zdobyła Aconcagua dwiema różnymi drogami.
Kolejne 3 dni zajęło nam zejście i zniesienie sprzętu z obozu drugiego do Puente del Inca, gdzie spędziliśmy kolejne dwie doby na świętowaniu naszych górskich sukcesów. Miejscowość i jej mieszkańcy zrobili na nas ogromne wrażenie. Nie mogliśmy się nadziwić ich gościnności i beztrosce życia. Atmosfera, jaka panowała w tej wiosce, a przede wszystkim w schronisku, w którym się zatrzymaliśmy, a które znajdowało się w budynku dawnej stacji kolejowej, przywodziła na myśl serial "Przystanek Alaska", który każdy z nas pamiętał z dzieciństwa. Tak też ochrzciliśmy to miejsce. Dodatkowego uroku dodawało międzynarodowe towarzystwo przebywające w schronisku oraz sami gospodarze. Żal było wyjeżdżać, lecz z drugiej strony wypoczęte organizmy domagały się nowych wrażeń.
Pierwszego marca w świetnych humorach ruszyliśmy dalej na zachód. Przekroczyliśmy granicę chilijską i dojechaliśmy do Santiago. Jeszcze tego samego wieczoru skierowaliśmy się w kierunku północnym do miejscowości Copiapo. Jest to miasto, które samo w sobie nie stanowi atrakcji turystycznej. Dla nas jednak samą atrakcją była obserwacja tutejszych mieszkańców, ich sposobu życia i latynoskiego temperamentu. Okolice Copiapo to już prawdziwe zagłębie cudów przyrodniczych. Z zamiarem ujrzenia ich na własne oczy wypożyczyliśmy dwa pickupy i wybraliśmy się na wycieczkę na płaskowyż Puna de Atacama. Podziwialiśmy ośnieżone szczyty wulkanów Parku Narodowego "Nevado Tres Cruces" odbijające się w idealnie równej tafli wody Laguny (wysoko położone słone jezioro) Santa Rosa. Widokowi temu kolorytu dodawały również różowe skrzydła flamingów żerujących w wodzie i złote futra wikuni pasących się nad brzegiem. Przedpołudniowe słońce i niezwykle czyste powietrze wzmacniały dodatkowo kontrastujące kolory okolicy.
Kolejnym punktem programu była laguna Verde. Jadąc w jej kierunku mieliśmy okazję zobaczyć Ojos del Salado (6893 m n.p.m.) – drugi co do wysokości szczyt Ameryki Południowej, a przy okazji najwyższy wulkan na Ziemi. Widok jego ośnieżonych, stromych ścian działał tak pociągająco, iż obiecałem sobie, że kiedyś tu wrócę i stawię mu czoła. Jak się później okazało miało to miejsce już w kolejnym roku. Kilka minut później zaparło nam dech w piersiach i niebezpiecznie wzrosło ciśnienie krwi. Tak niebezpieczny efekt wywołał lazur Laguny Verde. Nikt z nas nie spodziewał się, że coś takiego może w ogóle istnieć tym bardziej na wysokości ponad 4 tys. metrów nad poziomem morza.
W odzyskaniu równowagi wewnętrznej pomogły relaksujące kąpiele w gorących źródłach tuż nad brzegiem jeziora. Spędziliśmy w nich niestety zbyt długi czas, co skutkowało późniejszymi bolesnymi poparzeniami. Nie, to nie gorąca woda tak nas urządziła tylko słońce. Na takiej wyczynia ono to, co mu się podoba. Ale było warto! Z laguny udaliśmy się na Salar de Maricunga. W tym miejscu po wyschniętym jeziorze zostały nieprzebrane ilości soli, tworzące równą, śnieżnobiałą powierzchnię. Widok ten również zrobił na nas spore wrażenie, a na pamiątkę zabraliśmy kilka kawałków tego pospolitego minerału. Po tak emocjonującym dniu wróciliśmy do naszego hoteliku. Następny dzień upłynął nam na zwiedzaniu starej, chilijskiej winnicy i przygotowywaniu się do wyjazdu z Copiapo. Wieczorem zapakowaliśmy się w autobus jadący do Santiago i rozpoczęliśmy podróż powrotną.
Ameryka Południowa zrobiła na mnie ogromne wrażenie. To świat, którego nigdy jeszcze nie doświadczyłem. Przepiękne, często nierealne krajobrazy, potężne góry i wulkany, malownicze jeziora i strumienie, niespotykane zwierzęta oraz serdeczni i uśmiechnięci ludzie. Wszystko to stworzyło wyjątkowość tamtych dni. Aż żal było wracać i rozstawać się z krainą, nad którą nawet księżyc wydawał się jakiś inny. Miesiąc spędzony w Ameryce Południowej pozwolił odkryć mi zaledwie cząstkę tego niezwykłego kontynentu. Wtedy już wiedziałem, że będę wracać tam wielokrotnie.
